Jezus i hejterzy

Schemat tego grzechu ciągle się powtarza, choć często zaczyna się niewinnie, niepozornie. Nie trzeba daleko szukać ani sięgać do zamierzchłej przeszłości.

„Jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać” (Mk 3, 24).

„Ten człowiek albo był i jest Synem Bożym – albo szaleńcem lub czymś jeszcze gorszym. Ale nie prawmy protekcjonalnych bzdur, że był wielkim człowiekiem i nauczycielem” (C. S. Lewis).

Szatan jest kuty na cztery nogi. Wprawdzie powoli przegrywa, ale nie dlatego, że jego królestwo niszczy wojna i biedak się wykrwawia, ale dlatego, że ktoś mocniejszy go obezwładnił. Póki co jednak piekło stoi, bo panuje w nim specyficzna zgodność i determinacja w działaniu. Diabeł wiedząc o tym, że „wewnętrzne skłócenie” to najskuteczniejsza broń niszcząca człowieka, społeczeństwo, a nawet Kościół, dość wytrwale stosuje tę wrogą sobie taktykę.

Na czym ona polega? Mechanizm nie jest zbyt skomplikowany. Trzeba tylko doprowadzić człowieka do przekonania, że inni mają takie intencje, jakie się im przypisze, a nie takie, jakimi rzeczywiście się kierują. Poza tym, należy wzbudzić w nim poczucie, że walczy w dobrej sprawie i w granicach prawa. Jeśli to nie pomaga, można jeszcze dołożyć przeświadczenie, że w imię prawdy piętnuje szkodliwy błąd, który musi zostać usunięty, aby zapanował ład i szczęście. Nie ma konieczności używania broni czy fizycznej przemocy. Wystarczy słowo.

Przed tego typu grzechem ostrzega dzisiejsza Ewangelia. Można krzywdzić i zabijać innych słowem. W ciągu jednego dnia na Jezusa posypuje się cały grad inwektyw. Rozgłasza się wszem i wobec, że jest wariatem, opętanym, względnie skoligaconym z demonami, a także wrogiem rodziny. Potem jeszcze dochodzi do tego żarłok, pijak, Samarytanin i pewnie wiele innych wyzwisk, o których Ewangelie nie wspominają. Człowiek psychicznie słaby nie dałby rady przetrawić tego wszystkiego w tak krótkim czasie i ostać się bez większego pokiereszowania.

Faryzeusze twierdzą, że Jezus uzdrawiając przywołuje złe moce. Skąd to nagłe oskarżenie? Ich zdaniem Chrystus nie przestrzega szabatu. Pracuje i uzdrawia w dzień święty. Ale także rodzina, na czele z Matką Bożą, nie rozumie działań Jezusa. Jego zachowanie rozsadza ramy zdrowego rozsądku. Normalny człowiek powinien regularnie jeść, pić, więcej odpoczywać, a nie naiwnie pozwalać, by ludzie go zadeptali. Istnieją przecież jakieś rozsądne granice. Można być dobrym, ale bez przesady. Jak tu nie załamać się w wierze, wiedząc, że nawet Maryja Częstochowska przychodzi, aby powstrzymać swego Syna, a On nie raczy do niej wyjść? Czy tak robi porządny syn i krewniak?

Tak, Jezus coś wewnętrznie burzy, rozczłonkowuje, dzieli. Rozwala poukładany, wygodny świat, do którego nie da się czasem wetknąć szpilki. Tylko że Nim kieruje wola Ojca, która często dla nas jest niezrozumiała. Taki wewnętrzny wstrząs chyba jest w życiu konieczny, aby w bólach zrodziła się jedność na głębszym poziomie. Często nasza ludzka jedność i zgodność opiera się na miałkich podstawach i naturalnych odczuciach, które dają poczucie bezpieczeństwa. I nic więcej. Nawet religię można dostosować do swoich wyobrażeń. I to nawet działa przez jakiś czas, dopóki nie natrafi na kamień inności.

Jezus jest inny. I dlatego często gorszy. A widać to już po Jego nieoczekiwanej reakcji na wytoczone na Niego działa. Bo On wcale się nie broni, nie odpala z podobnej albo jeszcze większej armaty, jak to mają w zwyczaju nie tylko rasowi hejterzy. To powinno zastanawiać, dlaczego Jezus nie szczerzy kłów, a my często wychodzimy ze skóry i nie przebieramy w słowach, by odeprzeć atak, zarzut, a często także słuszną, choć nieprzyjemną, krytykę. On po prostu pozytywnie wyjaśnia swoje zachowania, które czasem wykraczają poza sztandarowe, rodzinne, religijne czy teologiczne schematy. Nie musi atakować, bo wie, co robi. I wie, że słusznie czyni.

Niestety, najlepszy sposób na „wewnętrzne skłócenie” to zezwierzęcenie albo zdemonizowanie człowieka, a więc przypisanie mu najgorszych intencji i odpowiadającej temu „łatki”. Zanim w Rwandzie doszło do ludobójstwa, najpierw w mediach fanatycy Hutu trąbili, że Tutsi to karaluchy. Żydzi dla hitlerowców też nie byli ludźmi, tylko wszami. No i potem można było już wszystko zrobić.

Schemat tego grzechu ciągle się powtarza, choć często zaczyna się niewinnie, niepozornie. Nie trzeba daleko szukać ani sięgać do zamierzchłej przeszłości.

Gdy Papież Franciszek wstawia się za ubogimi i odrzuconymi, niektórzy wierni zamiast wziąć to sobie do serca i zastanowić się, nazywają go zwolennikiem marksizmu. Gdy ktoś próbował wspierać protestujących w Sejmie, stał się z miejsca przeciwnikiem rządzącej partii, podważającym porządek, a przez to szkodnikiem społecznym. Nie może się przecież kierować innymi racjami.

Jeśli jakiś wierny, czasem ksiądz, publicznie wypowie słowo krytyki pod adresem przedstawicieli Kościoła, zostanie oskarżony o to, że kala własne gniazdo i jest wrogiem Kościoła. Po co dociekać, czy w jego wypowiedzi kryje się choć odrobina prawdy, skoro lepiej odsądzić go od czci i wiary. Jeśli ktoś domaga się uczciwości i przejrzystości w sprawach finansowych, usłyszy, że wywołuje podziały i jątrzy. Samodzielne myślenie też nie jest mile widziane, bo może prowokować do zmiany, a po co zmieniać cokolwiek, skoro jakoś młyny mielą…

Diabeł nie lubi inności Boga. To wybór stworzenia. Człowiek podobnie może ulec tej pokusie, zazwyczaj przebranej w szaty dobra. Czyjeś słowa lub zachowanie mogą być solą w oku, ponieważ domagają się rewizji własnego postępowania czy myślenia. Podważają ustalone struktury, w których poruszamy się w miarę swobodnie, choć niekoniecznie idziemy po właściwej ścieżce. Jeśli coś jest inne, obce, poza orbitą mojego doświadczenia, mogę spróbować to wkomponować w moją wiedzę. Ale mogę z gruntu wszystko odrzucić. Wtedy właśnie nazwanie kogoś szaleńcem czy oszołomem, a jakiejś rzeczy jako pochodzącej od diabła, usypia własne sumienie i usprawiedliwia własne zaniedbania.

Jezus mówi w tym kontekście o grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Tradycja za św. Tomaszem z Akwinu wylicza kilka jego form: zazdroszczenie innym darów i łask; rozpacz, że już nigdy nie otrzyma się przebaczenia; zuchwalstwo, które każe mi grzeszyć, bo Bóg i tak przebaczy; uporczywa odmowa nawrócenia się i przyjęcia miłosierdzia, bo ja swoje wiem; zwalczanie prawdy powszechnie znanej; zaniedbanie pokuty aż do śmierci.

Jezus jednak ma tutaj coś innego na myśli. Grzechem przeciwko Duchowi Świętemu jest nazywanie demonem tego, który jest święty. Tragiczne jest to, że człowiek wierzący może widzieć diabła tam, gdzie go nie ma, co w konsekwencji powoduje niewidzenie Boga tam, gdzie On jest. Mało się o tym mówi, że zabijanie innych słowem i przypisywanie im nikczemnych intencji też ociera się o ten grzech. Demonizowanie człowieka, który jest obrazem Boga, a jeśli chrześcijaninem to i świątynią Ducha, a nie szatana, też wykracza przeciwko Duchowi Świętemu. Na dodatek przywoływanie zła po to, aby zdyskredytować tego, który z jakichś powodów wydaje nam się niewygodny, jest oznaką zamknięcia na Boga. Wtedy rzeczywiście trudno odpuścić grzech, bo człowiek wcale nie widzi, że trwa w grzechu.  I dopóki  chce w nim trwać, nie otrzyma odpuszczenia.

Dariusz Piórkowski SJ