Chrystus nie potrzebuje dodatkowych wyróżnień od człowieka

Dzisiejsza uroczystość objawia nam prawdę o Chrystusie, że jest On władcą wszystkiego. To często nam umyka – zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę takie pomysły jak koronowanie Go na Króla Polski.

Chrystus jest Alfą i Omegą, początkiem i końcem (por. Ap 1), więc nie tylko władcą wszystkiego w sensie przestrzeni, ale również czasu. Był i jest i przychodzi. Chrystus jest jedynym prawdziwym horyzontem całego stworzenia, więc także i człowieka. Niebo i ziemia spotykają się i obejmują, dystans między nimi się skraca, stają się jednym. Boskie i ludzkie jednoczy się w Chrystusie Jezusie, Bogu i człowieku jednocześnie.

A myśmy ten horyzont stracili z oczu i zaczęli się zajmować: pobożnymi drobiazgami, długimi i skomplikowanymi nowennami, sposobem w jaki koronować Chrystusa na Króla Polski, rozważaniami na temat komunii dla rozwodników, pytaniami na temat tego co jest bardziej autentyczne: Całun Turyński czy Chusta z Manopello, albo tym, czy można jeść mięso w piątek.

Pogubiliśmy się w tych szczegółach, które nie są istotne, które nas tylko rozpraszają, zamiast zaczynać od tego, co jest najważniejsze: od wiary w to, że Jezus przyszedł po to, żeby nas od tego wszystkiego uwolnić i oczekiwania na powtórne przyjście Chrystusa Króla i Jego Królestwa, które nie jest z tego świata. W tym święcie i przedstawieniu Chrystusa Wszechwładcy widzimy, że człowieczeństwo Chrystusa jest najdoskonalszym obrazem Boga oraz że my wszyscy zostaliśmy stworzeni na Boży obraz i podobieństwo i my mamy stale upodabniać się do Chrystusa.

Niestety w żadnej ewangelii nie mamy opisu Chrystusa. Możemy przypuszczać, że nie był blondynem, albo że miał brodę, ale to wszystko jest nieistotne. Myśmy za bardzo w pewnym momencie historii skoncentrowali się na tym właśnie, na historycznym Jezusie, to znaczy na tym człowieku, który chodził po ziemi dwa tysiące lat temu, zapominając o tym, że On jest przedwiecznym Słowem Bożym, Alfą i Omegą, i za bardzo naciskaliśmy na to, że mamy „naśladować Chrystusa” (stąd popularność książeczki Tomasza a Kempis pod tym tytułem) zapominając, że my mamy żyć w Chrystusie.

Jak nam się przedstawia Chrystus Pantokrator?

Ujęty jest frontalnie, ma brodę, ubrany jest w colobium (długa tunika), symbolizujący Boskość i przyodziany w himation (płaszcz), który symbolizuje człowieczeństwo, w lewej ręce ma kodeks, prawą ma podniesioną w geście błogosławieństwa. To ramię duże i silne, bo to jest to samo ramię, które stwarza świat, i które wybawia z Egiptu.

Przedstawienie Chrystusa Wszechwładcy zaczerpnięte jest z wizji Tronu w niebie z Apokalipsy św. Jana (por. Ap 4-5). Ten, który jest, Król Całego Wszechświata na ikonie nie przedstawia się za bardzo królewsko. Jest ubrany skromnie, nie ma korony, Jego tronem jest tęcza, podnóżkiem świat. To Ten, który istniejąc w postaci Bożej ogołocił samego siebie i przyjął postać sługi, aż do śmierci na krzyżu (por. Flp 2). Człowiek objawia się w służbie — bo wtedy właśnie jest na wzór Boga, który przyszedł nie po to, aby Mu służono, lecz po to, aby służyć i na wzór Boga, który jako pierwszy już na początku Księgi rodzaju objawia się jako ten, który pracuje.

Już z rozmowy Piłata z Jezusem (por. J 18,28-40) możemy wywnioskować, że nie robił On wielkiego wrażenia, przynajmniej od strony fizycznej – Piłat odrzuca Go widząc przed sobą raczej filozofa niż rewolucjonistę. My tymczasem przyzwyczajeni jesteśmy do wizerunków Chrystusa Ukrzyżowanego, który wygląda bardziej jak stały bywalec siłowni, niż wędrowny nauczyciel.

Kodeks w ręku Chrystusa to księga z 5 rozdziału Apokalipsy św. Jana (por. J5, 1-5). Czytamy tam, że księga jest zapieczętowana, ale jest zapisana wewnątrz i na odwrocie — to znaczy jest zamknięta, ale da się jednak coś przeczytać! Ale przede wszystkim mamy przed sobą Tego, który jest godzien otworzyć Księgę. Kodeks otwarty jest na ewangelii wg. św. Jana: J 8,12 «Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia». Iść za Jezusem, to jest podstawowe powołanie chrześcijanina. Nie pytać Go dokąd, albo co gorsza nie mówić Mu dokąd.

Malujący ikony mieli trudne zadanie: pokazać naturę Osoby Chrystusa, to jest pokazać Jego Bóstwo i człowieczeństwo. Co więcej mieli pokazać, że był doskonałym człowiekiem, a jednocześnie, że „nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego patrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał” (Iz 53,2). A z drugiej strony widzieliśmy, że jest On światłością świata.

Jego Oblicze jest surowe, bo to Sędzia całego Stworzenia. Wyznajemy w wyznaniu wiary,że Pan Jezus przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych.

Co to znaczy, że Pan Jezus przyjdzie? Czy to znaczy, że powróci? I co to znaczy, że my czekamy? Nie czekamy na powrót, bo przecież On nas nie zostawił, obiecał, że jest z nami do końca świata, ale właśnie na powtórne przyjście. Bez tych dwóch elementów, wiary i czekania, nie ma Chrześcijaństwa. Tymczasem myśmy przestali na to czekać. Może w to wierzymy, owszem, ale już więcej na to nie czekamy.

Zbawiciel przyjdzie do nas!

Oprowadzałem kiedyś grupę młodych ludzi po rzymskim Kościele Il Gesu, oczytanych i wykształconych, ale niekoniecznie wierzących. Musiałem więc zacząć od podstawowych prawd wiary. Mówiłem o tym, że kościół zorientowany jest na Wschód, jak wiele kościołów, co wyrażało wiarę w to, że Chrystus, jak Słońce, przyjdzie właśnie od Wschodu, że w tym kościele szczególnie to widać, bo ołtarz główny ma formę bramy tryumfalnej, przez którą przyjdzie Zbawiciel, a my jesteśmy tylko zgromadzeni razem i zwróceni właśnie w stronę tej bramy i czekamy na Niego.

I w tym momencie jeden młody chłopak mi przerwał, tknięty nagłym zrozumieniem, i krzyknął: „Wow! To znaczy, że my nie musimy nigdzie iść, bo to Zbawiciel przyjdzie do nas!”. To jest być może najpiękniejsza i najprostsza synteza tego, że Jezus przyjdzie do nas powtórnie w Chwale.

Przemek Wysogląd SJ