Abp Grzegorz Ryś: Słowo Boże potrzebuje ciała

To jest niesłychanie dobra nowina. Słowo potrzebuje czasu, żeby w człowieku dojrzeć. Miejmy cierpliwość do siebie i miejmy też cierpliwość do innych.

 

Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: «Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca». Na to Maryja rzekła do anioła: «Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?». Anioł Jej odpowiedział: «Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego». Na to rzekła Maryja: «Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!». Wtedy odszedł od Niej anioł (Łk 1, 29-38).

Maryja daje ciało słowu Boga, a Słowo Boże – druga Osoba Boga – przyjmuje ludzkie ciało z Maryi. Ostatecznie zawsze o to właśnie chodzi w spotkaniu z Bogiem, o to chodzi w wierze. Mamy dać ciało słowu Boga. Dzięki nam słowo Boga ma być obecne w świecie, ma być dotykalne, żeby można je było zobaczyć i usłyszeć. Chodzi o to, żeby otrzymało konkretną formę.
Gilbert K. Chesterton pisał, że wszyscy wiedzą, iż Franciszek był podobny do Chrystusa. Jeśli tak, to prawdziwe jest również zdanie odwrotne – Chrystus był podobny do Franciszka. Dlaczego to takie ważne? W XII i na początku XIII wieku jeśli ludzie chcieli wiedzieć, jak wyglądał Chrystus, to mówili: „Popatrzcie na Franciszka”, „Chrystus był właśnie taki, myślał i postępował jak Franciszek”. Czy patrząc na nas, można coś powiedzieć o Chrystusie? A może patrząc na nas, można jedynie powiedzieć, co myśli i czego uczy Kościół? Chesterton zresztą twierdził, że Franciszek bardziej kochał Chrystusa niż chrześcijaństwo. W naszym życiu tak naprawdę nie chodzi o Kościół, tylko o Chrystusa. Kościół realizuje się, wskazując ludziom drogę do Chrystusa, a nie do siebie. Musimy dać ciało słowu Bożemu i to nie jest żadna abstrakcja ani filozofia. Jakie ciało dajemy słowu Boga?
Czy ten, kto mnie dotyka, ma poczucie, że dotyka słowa Bożego? A przecież o to chodzi w spotkaniu z Bogiem, którym jest wiara. Kiedy dialog Boga z człowiekiem się uda, kiedy człowiek powie „chcę”, to potem trzeba jeszcze poczekać dziewięć miesięcy – tyle przecież trwa ciąża. W dziejach Kościoła byli tacy, którzy myśleli, że Jezus już zupełnie ukształtowany wleciał w łono Matki Boskiej, a potem zaraz z niej wyszedł. Tyle że to jest herezja! Chrystus dziewięć miesięcy kształtował się w łonie matki, bo Słowo, aby zaowocować, potrzebuje czasu. Nic w życiu wiary nie dzieje się automatycznie. Bóg o tym wie i jest cierpliwy. Potrafi czekać. Ma wielką cierpliwość do ludzi i wie, z kim się wiąże. To jest niesłychanie dobra nowina. Słowo potrzebuje czasu, żeby w człowieku dojrzeć. Miejmy cierpliwość do siebie i miejmy też cierpliwość do innych.
W piątym rozdziale Listu do Efezjan jest niesamowity tekst: „Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5, 25-27). Co z tego wynika? Chrystus wydaje się za Kościół, który nie jest nieskalany. Ma tysiące zmarszczek i tysiące skaz. Taki był i taki jest. Jakby ktoś nie chciał się z tym zgodzić, to niech spojrzy w lustro. Wtedy będzie wiedział, jaki jest Kościół.
Chrystus wydaje się za Kościół nie dlatego, że on jest święty, ale po to, by go świętym uczynić. Doskonałość jest punktem dojścia w życiu chrześcijańskim, a nie punktem wyjścia. Paweł pisze o tym, mówiąc o małżeństwie. Ludziom wydaje się, że są idealni. Ona jest cudowna, a on jeszcze cudowniejszy… Tydzień po ślubie –  dramat. Naraz zobaczyli, ile w sobie mają rozmaitości. Startowali z głupiego poziomu, inaczej nie mieliby się czym rozczarowywać. Wiedzieliby, że są niedoskonali i wiążą się ze sobą nie dlatego, że mogą się na sobie oprzeć, ale że razem mogą się oprzeć na Bogu, a wtedy, być może kiedyś, na końcu, będą doskonali. To dotyczy całego życia chrześcijańskiego, każdej cnoty chrześcijańskiej. Jeśli zakonnica praktykowałaby doskonale ubóstwo w dniu ślubów, po co byłoby jej późniejsze życie? Dopiero kiedyś będziemy nieskalani. Kiedy? Jak nas Kościół zrodzi do życia wiecznego.